poniedziałek, 25 marca 2013

Ciśnienie







"I got love in my tummy and a tiny little pain
And a 10 ton catastrophe on a 60 pound chain"



Ta zima była ciągłym wybudzaniem sennego ciała ze skoków temperatur, pocieraniem stóp, nasłuchiwaniem wrzawy ognia w piecyku, zapachem drewna. Przyparła mnie do okien ciszą nieznośnie absorbującą, bo nieznaną i narzuconą. Na początku sprzeciwiałam się jej, naginając wszystko do narysowanej gdzieś wysoko przeze mnie linii, podczas gdy mój wzrok coraz częściej lądował w rozrastającej się pod stopami bieli. Niepokojące wydawało mi się to, co może wybuchnąć z ogromną siłą spod zmarzniętej ziemi. Cisza działa kojąco tylko wtedy gdy jesteśmy wyczerpani. W innym wypadku wyczula na najmniejszy szelest czyniąc go upiornym i dzikim. W takich momentach szuka się muzyki, książek, obrazów, filmów, ludzi, wszelkiego rodzaju intruzów, byle znaleźć się jak najdalej od tej cichej wewnętrznej wrzawy. Poszukiwania podnoszą ciśnienie, a odkrycia najczęściej przynoszą rozczarowanie. Czujemy się oszukani doznaniem znowu tylko chwilowej ulgi.
         Przyzwyczajeni do hałasu,  zapominamy, że emocje powinny znaleźć się na końcu, nie na starcie. I o tym, że szlachetne obrazy to nie te pstrokate, ale te dopiero nabierające koloru. Ale kogo to obchodzi? Mnie zaczęło, gdy miotając się z kąta w kąt, niczym  zwierze w klatce obiłam się najmocniej właśnie o ciszę, bo to ona sieje zamęt w snach,  ale i wyostrza zmysły.            
           Podróżując wciąż tym samym zatłoczonym pociągiem po przeszłości, zresztą opóźnionym i jadącym w złą stronę, szukałam sposobu na zapomnienie o zdecydowanym lecz pełnym strachu wydobywaniu zadr z głębi skóry. Zapomnieć tak, aby przekształcić, a nie rzucać na chybił - trafił w każdego tym, co uwierało. Ponieważ okazuje się, że  krzyk już jedynie przytłacza i nie ma większego znaczenia. Nawet gdy od sinego na zewnątrz nieba płowieją twarze, a mijający cie ludzie ledwie pozostawiają za sobą cień. Nadal najgłośniej krzyczą ci nie mający już zbyt wiele do powiedzenia. Najczęściej czuwa przy nich cały sztab innych krzyczących, aby ci jeszcze słuchający również zaczęli krzyczeć.  Z premedytacją odwracam wtedy głowę i zatykam uszy. Niestety niezbyt skutecznie skoro wiem, że wyjęczane żałośnie Nothing Else Matters wcale mi się nie śniło. A co do koszmarów – lubią się powtarzać. Kalkomania nawet w najbardziej niechlujnej formie ma się bardzo dobrze i to nie tylko w muzyce. Banały obleczone w pióra martwych ptaków, o delikatnych ciałach muśniętych krwią umiejętnie prowokują do myślenia, że banalne wcale nie są. I zbyt łatwo nabieramy się na szczerość i talent młodzieńców wykrzykujących z pretensjonalną charyzmą utwory innych charyzmatycznych. A mimo to ulicznych grajków poruszających przez chwile tłumy w rożnego rodzaju TV Show spotka tragiczny finał, wcale nie dlatego, że będą znów śpiewać na ulicach, ale dlatego, że tylko niektórzy z nich odważą się być sobą, ale nawet wtedy z trudem będzie można ich zrozumieć. To samo prawdopodobnie spotka cudowne złotowłose dzieci obdarzone głosami, jak dzwony śpiewające ballady Adele i zupełnie pogubionych młodzieńców o wilgotnych oczach i wielkich sercach również śpiewających ballady Adele. A jednak tym, którzy się nie zgadzają nadal zatyka się usta, uszy i oczy. Hałasem, oszołamiającą kakofonią dźwięcznych obietnic bez znaczenia, za to odtwarzanych w taki sposób, by na samym końcu nie pamiętać kim się jest.
         Utalentowany, dojrzały i ciekawy twórca to taki, który potrafi zatrzymać swoje dreptanie w jednym miejscu. To taki, który przypisuje sobie cechy różnych bohaterów, tylko po to, by móc tworzyć, nie po to, by „istnieć”. To odbiorca musi podążać za nim, dostrajać się do jego tempa. Ale nawet wtedy,  gdy już będzie mu się wydawało, że jest bardzo blisko, taki twórca znowu się wymknie. Tylko ten, kto zbyt długo stał w jednym miejscu starając rozpędzić się na wszelkie możliwe sposoby wie, jak łatwo wtedy zgubić dystans i stracić nie tylko głos. Jednak ilu z tych utalentowanych jest na to gotowych? Ilu z nich postanawia zgnić od ilości fałszywego złota, którym się koronują, by sztucznie wygenerowany blask odwracał uwagę od tego, co jest przegniłe. Ilu? Nie chcę liczyć. I właśnie wtedy zupełnie przypadkiem, w trakcie moich poszukiwań genialnego intruza, który mnie nie oszuka trafiłam na nową płytę Nicka Cave’a & The Bad Seeds - Push the Sky Away.
         Słuchałam, jak Nick Cave śpiewa obserwując najeżone wierzchołki gałęzi, drżące bezradnie i od pierwszych dźwięków czułam, jak coś we mnie się rozkurcza, a uchodzące skądś powietrze zaczyna wibrować w sobie tylko znanym rytmie. Pomyślałam, że dokładnie w taki sposób ciało reaguje na zanurzenie się w ciemnej, mulistej, ale ciepłej rzece. To odmienia, niczym czułość gestów kogoś, kto jeszcze do niedawna potrafił wydobyć  z siebie jedynie ryk bestii. Dojmujące na płycie poczucie straty łączy się z ulgą wyjęcia długo tkwiącej w głowie zadry. W takich momentach można w końcu pozostawić gdzieś daleko męczący odgłos szurania myślami po podłodze, które nagle przestały do siebie pasować. Niech nie pasują. Starannie wyważone, wręcz minimalistyczne, ciche kompozycje utworów przypomniały mi o upiornych i tajemniczych opowiadaniach Dylana Thomasa. Nasyconych liryzmem, grozą, tak bliskich zmiennemu rytmowi morza, a jednocześnie tak głęboko osadzonych w mitologii. Nick Cave doskonale zdaje sobie sprawę z istnienia sekretnych nici łączących mit ze snem. Doskonale zna rytm gwałtownych fal i błota, które po sobie zostawiają. Wie i czuje to o czym śpiewa, jest świadomy każdego słowa i każdego dźwięku.
       Na Push the Sky Away wielkie rzeczy dokonują się bez emocjonalnej rewolty, szarpania strun, krzyku przejmującego kontrolę nad umysłem. Dokonują się w ciszy, wtedy gdy  na podłodze, pomiędzy nami wciąż rozgrywa się wojna. Nie budząca już śpiącego gdzieś obok kota, sprawiająca, że dźwięk rozbitego szkła wydaje się być ledwie słyszalny. To o czym śpiewa Cave dzieje się wewnątrz. Rozbija, składa,  przekształca i odmienia, ale niczego nie narzuca. Być może nie potrzeba wielkich słów i gwałtownych kolorów, by oswoić to, co niebezpieczne i nieodgadnione. Może wystarczy zanurzyć się i tonąć, ale to tak naprawdę za mało, by móc płynąć dalej i cokolwiek usłyszeć. Trzeba umieć tonąć i żegnać to, co odchodzi, bez wrzasku.





http://www.szafa.prezentacje.pl/