"I got love in my tummy and a tiny little pain
And a 10 ton catastrophe on a 60 pound chain"
Ta
zima była ciągłym wybudzaniem sennego ciała ze skoków temperatur, pocieraniem
stóp, nasłuchiwaniem wrzawy ognia w piecyku, zapachem drewna. Przyparła mnie do
okien ciszą nieznośnie absorbującą, bo nieznaną i narzuconą. Na początku
sprzeciwiałam się jej, naginając wszystko do narysowanej gdzieś wysoko przeze
mnie linii, podczas gdy mój wzrok coraz częściej lądował w rozrastającej się
pod stopami bieli. Niepokojące wydawało mi się to, co może wybuchnąć z ogromną
siłą spod zmarzniętej ziemi. Cisza działa kojąco tylko wtedy gdy jesteśmy
wyczerpani. W innym wypadku wyczula na najmniejszy szelest czyniąc go upiornym
i dzikim. W takich momentach szuka się muzyki, książek, obrazów, filmów, ludzi,
wszelkiego rodzaju intruzów, byle znaleźć się jak najdalej od tej cichej
wewnętrznej wrzawy. Poszukiwania podnoszą ciśnienie, a odkrycia najczęściej
przynoszą rozczarowanie. Czujemy się oszukani doznaniem znowu tylko chwilowej
ulgi.
Przyzwyczajeni do hałasu, zapominamy, że emocje powinny znaleźć się na
końcu, nie na starcie. I o tym, że szlachetne obrazy to nie te pstrokate, ale te
dopiero nabierające koloru. Ale kogo to obchodzi? Mnie zaczęło, gdy miotając
się z kąta w kąt, niczym zwierze w
klatce obiłam się najmocniej właśnie o ciszę, bo to ona sieje zamęt w
snach, ale i wyostrza zmysły.
Podróżując wciąż tym samym zatłoczonym
pociągiem po przeszłości, zresztą opóźnionym i jadącym w złą stronę, szukałam
sposobu na zapomnienie o zdecydowanym lecz pełnym strachu wydobywaniu zadr z
głębi skóry. Zapomnieć tak, aby przekształcić, a nie rzucać na chybił - trafił
w każdego tym, co uwierało. Ponieważ okazuje się, że krzyk już jedynie przytłacza i nie ma
większego znaczenia. Nawet gdy od sinego na zewnątrz nieba płowieją twarze, a
mijający cie ludzie ledwie pozostawiają za sobą cień. Nadal najgłośniej krzyczą
ci nie mający już zbyt wiele do powiedzenia. Najczęściej czuwa przy nich cały
sztab innych krzyczących, aby ci jeszcze słuchający również zaczęli krzyczeć. Z premedytacją odwracam wtedy głowę i zatykam
uszy. Niestety niezbyt skutecznie skoro wiem, że wyjęczane żałośnie Nothing Else Matters wcale mi się nie
śniło. A co do koszmarów – lubią się powtarzać. Kalkomania nawet w najbardziej
niechlujnej formie ma się bardzo dobrze i to nie tylko w muzyce. Banały
obleczone w pióra martwych ptaków, o delikatnych ciałach muśniętych krwią
umiejętnie prowokują do myślenia, że banalne wcale nie są. I zbyt łatwo
nabieramy się na szczerość i talent młodzieńców wykrzykujących z pretensjonalną
charyzmą utwory innych charyzmatycznych. A mimo to ulicznych grajków
poruszających przez chwile tłumy w rożnego rodzaju TV Show spotka tragiczny
finał, wcale nie dlatego, że będą znów śpiewać na ulicach, ale dlatego, że
tylko niektórzy z nich odważą się być sobą, ale nawet wtedy z trudem będzie
można ich zrozumieć. To samo prawdopodobnie spotka cudowne złotowłose dzieci
obdarzone głosami, jak dzwony śpiewające ballady Adele i zupełnie pogubionych
młodzieńców o wilgotnych oczach i wielkich sercach również śpiewających ballady
Adele. A jednak tym, którzy się nie zgadzają nadal zatyka się usta, uszy i
oczy. Hałasem, oszołamiającą kakofonią dźwięcznych obietnic bez znaczenia, za
to odtwarzanych w taki sposób, by na samym końcu nie pamiętać kim się jest.
Utalentowany, dojrzały i ciekawy
twórca to taki, który potrafi zatrzymać swoje dreptanie w jednym miejscu. To
taki, który przypisuje sobie cechy różnych bohaterów, tylko po to, by móc
tworzyć, nie po to, by „istnieć”. To odbiorca musi podążać za nim, dostrajać
się do jego tempa. Ale nawet wtedy, gdy
już będzie mu się wydawało, że jest bardzo blisko, taki twórca znowu się
wymknie. Tylko ten, kto zbyt długo stał w jednym miejscu starając rozpędzić się
na wszelkie możliwe sposoby wie, jak łatwo wtedy zgubić dystans i stracić nie
tylko głos. Jednak ilu z tych utalentowanych jest na to gotowych? Ilu z nich
postanawia zgnić od ilości fałszywego złota, którym się koronują, by sztucznie
wygenerowany blask odwracał uwagę od tego, co jest przegniłe. Ilu? Nie chcę
liczyć. I właśnie wtedy zupełnie przypadkiem, w trakcie moich poszukiwań
genialnego intruza, który mnie nie oszuka trafiłam na nową płytę Nicka Cave’a
& The Bad Seeds - Push the Sky Away.
Słuchałam, jak Nick Cave śpiewa
obserwując najeżone wierzchołki gałęzi, drżące bezradnie i od pierwszych
dźwięków czułam, jak coś we mnie się rozkurcza, a uchodzące skądś powietrze
zaczyna wibrować w sobie tylko znanym rytmie. Pomyślałam, że dokładnie w taki
sposób ciało reaguje na zanurzenie się w ciemnej, mulistej, ale ciepłej rzece.
To odmienia, niczym czułość gestów kogoś, kto jeszcze do niedawna potrafił
wydobyć z siebie jedynie ryk bestii. Dojmujące
na płycie poczucie straty łączy się z ulgą wyjęcia długo tkwiącej w głowie
zadry. W takich
momentach można w końcu pozostawić gdzieś daleko męczący
odgłos szurania myślami po podłodze, które nagle przestały do siebie pasować.
Niech nie pasują. Starannie wyważone, wręcz minimalistyczne, ciche kompozycje
utworów przypomniały mi o upiornych i tajemniczych opowiadaniach Dylana Thomasa.
Nasyconych liryzmem, grozą, tak bliskich zmiennemu rytmowi morza, a jednocześnie
tak głęboko osadzonych w mitologii. Nick Cave doskonale zdaje sobie sprawę z
istnienia sekretnych nici łączących mit ze snem. Doskonale zna rytm gwałtownych
fal i błota, które po sobie zostawiają. Wie i czuje to o czym śpiewa, jest
świadomy każdego słowa i każdego dźwięku.
Na Push
the Sky Away wielkie rzeczy dokonują się bez emocjonalnej rewolty,
szarpania strun, krzyku przejmującego kontrolę nad umysłem. Dokonują się w
ciszy, wtedy gdy na podłodze, pomiędzy
nami wciąż rozgrywa się wojna. Nie budząca już śpiącego gdzieś obok kota,
sprawiająca, że dźwięk rozbitego szkła wydaje się być ledwie słyszalny. To o
czym śpiewa Cave dzieje się wewnątrz. Rozbija, składa, przekształca i odmienia, ale niczego nie
narzuca. Być może nie potrzeba wielkich słów i gwałtownych kolorów, by oswoić
to, co niebezpieczne i nieodgadnione. Może wystarczy zanurzyć się i tonąć, ale
to tak naprawdę za mało, by móc płynąć dalej i cokolwiek usłyszeć. Trzeba umieć
tonąć i żegnać to, co odchodzi, bez wrzasku.
http://www.szafa.prezentacje.pl/